Kategorie: Wszystkie | Myśli | Polityka | przekłady | rozrywka
RSS
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Na razie robocza wersja przekadu - uwagi krytyczne przyjmuję prawie równie chętnie, jak pochwały ;-) Miłej lektury
wtorek, 28 lipca 2009

שִׁיר, לַמַּעֲלוֹת:
אֶשָּׂא עֵינַי, אֶל-הֶהָרִים-- מֵאַיִן, יָבֹא עֶזְרִי
עֶזְרִי, מֵעִם יְהוָה-- עֹשֵׂה, שָׁמַיִם וָאָרֶץ
אַל-יִתֵּן לַמּוֹט רַגְלֶךָ; אַל-יָנוּם, שֹׁמְרֶךָ
הִנֵּה לֹא-יָנוּם, וְלֹא יִישָׁן-- שׁוֹמֵר, יִשְׂרָאֵל
יְהוָה שֹׁמְרֶךָ; יְהוָה צִלְּךָ, עַל-יַד יְמִינֶךָ
יוֹמָם, הַשֶּׁמֶשׁ לֹא-יַכֶּכָּה; וְיָרֵחַ בַּלָּיְלָה
יְהוָה, יִשְׁמָרְךָ מִכָּל-רָע: יִשְׁמֹר, אֶת-נַפְשֶׁךָ יְהוָה, יִשְׁמָר-צֵאתְךָ וּבוֹאֶךָ-- מֵעַתָּה, וְעַד-עוֹלָם
i inne troche wykonanie z całym tekstem
poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Nawiązując do poglądu Durkheima, iż religia znajduje się w centrum życia społecznego, że instytucje społeczne biorą swój początek właśnie w religii, oraz fakt, iż całość naszego życia jest postrzegana w różnych, prawdopodobnie wszystkich kulturach w kategoriach dychotomicznej antropologii, tj. w nierozerwalnym połączeniu duszy i ciała, jako wizji człowieka kompletnego,  skąd wynika podział na sfery świeckie i duchowe, chciałbym bliżej przyjrzeć się swojemu życiu i moim postawom. Chciałbym dokonać takiej autoanalizy mnie  może nie jako aktora społecznego, ale po prostu mnie – człowieka.
Jak wiadomo kultura danego społeczeństwa, czyli – definiując kulturę w sposób możliwie szeroki – całość dorobku danego społeczeństwa, zarówno sferze materialnej i duchowej, nie byłaby zachowana bez tradycji, której nośnikiem przez wieki, była właśnie religia. Społeczeństwa były tożsame z religią, którą wyznawały.
Obserwując siebie i zmiany jakie zachodzą w moim postrzeganiu świata i mojego w nim miejsca, jasne dla mnie staje się, że współcześnie społeczeństwo wygląda  inaczej, niż w czasach, kiedy swój świat, takim, jaki on był, widział i opisywał Durkheim.
Nie sądzę, oczywiście, żeby moje postawy były w jakikolwiek sposób reprezentatywne dla większej grupy członków społeczności, w której żyję, chociaż mam wewnętrzne przekonanie, nie poparte ani faktami, ani dowodami, że moja postawa nie jest w ogóle odosobniona. Jest po prostu uświadomiona, co jak sądzę nie stało się jeszcze udziałem większej grupy.
Nie miałbym z tym absolutnie żadnego problemu, gdyby nie fakt, iż jestem skazany na nachalny, wszechobecny i dokuczliwy ostracyzm ze strony osób dla mnie w sposób fundamentalny najistotniejszych – to jest ze strony moich bliskich. Postawa ta, wynika wg mnie właśnie z silnych uwarunkowań kulturowych, jakie kierują moimi bliskimi, a które  wprost odbierają mi wolność sumienia.
W tym miejscu przyszedł czas na sedno problemu, czyli na opisanie mojego stosunku do religii katolickiej, która otacza mnie zewsząd.  Otóż prze wiele lat zastanawiania się, wiele lat wątpliwości dojrzałem do stanu, w którym uczciwość wobec samego siebie stała się dla mnie wartością, z której ciężko zrezygnować.  Odkąd stałem się świadomym człowiekiem, zawsze przeciwstawiałem się Kościołowi Katolickiemu i innym formom kultu. Nie chciałbym tutaj wdawać się uzasadnianie tej postawy – jest to temat na inny post.  Chciałbym natomiast pokusić się o opis pewnych moich spostrzeżeń dotyczących postaw katolików w Polsce, ponieważ  sądzę, iż moja trudna obecnie sytuacja rodzinna wynika właśnie z tych postaw.
Dla mnie bycie katolikiem, to postępowanie zgodnie z nauką Kościoła Katolickiego, przestrzeganie jego praw i zaleceń, wykonywanie nakazów Kościoła i jego hierarchów.   Wynika to z mojego poczucia potrzeby bycia człowiekiem uczciwym. Nie mógłbym nazwać się Katolikiem, gdybym nie przestrzegał Katechizmu, nie mógłbym nazwać się Żydem1  , gdybym jeździł samochodem w Szabas, nie mógłbym nazwać się Muzułmaninem, pijąc piwo w lecie przy grillu etc. Stosując tutaj rozróżnienie kultur wprowadzone przez Margaret Mead2  na kultury postfiguratywne, kofiguratywne i prefiguratywne, należy współczesnych Polaków opisać jako społeczeństwo w czasie przejścia z wzorca kofiguratywnego do prefiguratywnego, czyli zbiorowości, w której tradycje są nadal silne i mocno zakorzenione, jednak coraz pokaźniejsza grupa młodych ludzi daje wyraz swoim pragnieniom poprzez odrzucenie wzorca pokolenia ich poprzedzającego.  Powoduje to naturalnie konflikty, jednak w wielu przypadkach zauważyć daje się przejmowanie przez rodziców postaw ich dzieci, co daje podwaliny na ugruntowanie się wzorca prefiguratywnego.  Daje to podstawę do wolności przekonań i wzajemnego szacunku wyrażanego przez jednostkę innej jednostce. Daje to nadzieję, na zdrowe, tolerancyjne społeczeństwo ludzi szczęśliwych, żyjących w zgodzie ze swoim sumieniem.
W Polsce istnieje ogromna grupa tzw., Katolików Kulturowych, dla których sakramenty, kult i uczestnictwo w praktykach religijnych to kwestia obyczajowego nawyku, czy też wynik tego, o czym pisałem na wstępie, czyli faktu, iż zachowanie kultury przez wieki możliwe było tylko poprzez kultywację tradycji religijnych. Fakt, iż zachowaliśmy naszą kulturę – czyni nas społeczeństwem. Społeczeństwem Polskim – czyli ludźmi dzielącymi wspólną kulturę.
Katolik kulturowy, to osoba, która deklaruje przynależność do Kościoła, choć nie uczestniczy w żaden sposób w jego życiu i kulcie, to osoba, której poprzez tradycję przekazano pewne wzorce, które powiela (poddaje swoje dzieci sakramentom, nie zdając sobie sprawy z istoty tychże).  
Wiele osób, które mnie otaczają, całym swoim życiem i postawami pokazuje jak bardzo Kościół jest im obcy; uprawiają seks przed ślubem, w dodatku nie tylko po bożemu, stosują środki antykoncepcyjne, nie mają krzyży w domu, nie wpuszczają księdza po kolędzie, uczestniczą we mszy tylko na czyichś ślubach, bądź pogrzebach, oddają głos w wyborach na kandydatów popierających edukację seksualną, bądź co gorsza kandydatów rozwodników.  Osoby te odrzucają naukę kościoła w całości, jednak uczestniczą w  jego sakramentach i sakramentom tym poddają własne dzieci. Znam przynajmniej kilka zawartych przed Księdzem związków małżeńskich, które były możliwe tylko dlatego, że Państwo młodzi oszukali  duchownego. Czy to poprzez zatajenie używania prezerwatyw i to w dodatku przed ślubem, czy to poprzez sfałszowanie zaświadczenia o odbytej spowiedzi (Zaświadczenie podpisał świadek, nie spowiednik). Po tych ślubach ludzie ci w sposób sprzeczny z nauką katolicką regulują poczęcia, planują rodzinę, zachodzą w planowane ciążę i poddają swoje dzieci obrzędowi chrztu, potem komunii i innych.  
W żaden sposób nie chciałbym tych ludzi urazić, jednak moje rozwinięte poczucie potrzeby bycia człowiekiem uczciwym, nakazuje mi taką postawę potępić w całej rozciągłości.
Jednocześnie czuję potrzebę powiedzenia, iż ludzie, którzy postępują zgodnie z zasadami nakazanymi przez Kościół, ludzie, którzy uczestniczą w życiu Kościoła, w pełni się z nim identyfikują i akceptują jego prawa i zalecenia zasługują na wielki szacunek. Są ludźmi na pewno uczciwymi – postępują w zgodzie ze sobą i własnym sumieniem.
Ponieważ dla mnie nauka Kościoła jest nie do zaakceptowania, postawa Kościoła wobec wielu spraw ważnych jest moim zdaniem wielce szkodliwa, wobec wieu innych spraw ważnych wielce chwalebna, jednak mój całościowy stosunek jest negatywny. Będąc człowiekiem uczciwym nie jestem w stanie przyjąć postawy katolika kulturowego, czy zatem na zawsze muszę być skazany na odrzucenie? Czy tak na prawdę robię coś złego?

 


1. Żydem w znaczeniu wyznawcy Judaizmu, nie nacji

 

2. M. Mead, Kultura i tożsamość, PWN, Warszawa 1978

 

 

 

piątek, 13 marca 2009
„Chociaż bym się ze….ał, laktacji nie dostanę” – zwykłem mówić do mojej żony kochanej w sposób rubasznie żartobliwy,  kiedy przychodziło nam spierać się na temat równouprawnienia kobiet.  Przez wiele lat byłem zdecydowanie przeciwny feminizmowi i feministkom – nie dlatego, że nie zgadzałem się z ich postulatami, a dlatego, że gro tych postulatów wydawało mi się przeczyć biologii, przeczyć naturze.  Nie myślałem, oczywiście, iż zamiarem feministek jest postępowanie wbrew naturze, uważałem raczej, że natura – tworząc nas w sposób, który znamy doskonale, tzn. dzieląc nas na samców i samice predysponowała każdą z płci do wykonywania pewnych czynności z większą bądź mniejszą sprawnością.  Mnogość widzianych przez kobiety kolorów i niezrozumiała zdolność nazywania ich na milion sposobów na zawsze pozostanie dla mnie – mężczyzny nieosiągalną kompetencją, podobnie jak dla mojej żony – kobiety,  moja perfekcyjna zdolność przestrzennego umiejscawiania źródła dźwięku – wielokrotnie przećwiczona w czasie przejażdżek  po warszawskich ulicach, nasłuchując karetek – ja zawsze wiedziałem czy jedzie ona za nami, przed nami, czy z boku. Moja żona nigdy tego nie potrafiła.  Przykłady tego typu różnic można mnożyć.
Mój sprzeciw wobec  feministek nie był powodowany w zasadzie jakimikolwiek merytorycznymi przesłankami, a raczej młodzieńczą wizją świata, idealnego i wizją siebie, mężczyzny całym sercem popierającego tzw. równouprawnienie. Nie tyle popierającego, co uznającego je za coś naturalnego, jak tlen w powietrzu.   Sądziłem, że równość wobec praw, równość wobec samych siebie, tzn. przekonanie każdej z jednostek o braku wyższości, czy też niższości innej jednostki jest faktem.  Z tego typu idealistycznych mrzonek człowiek myślący jednak wyrasta, podobnie jak świadomy politycznie młody człowiek wyrasta z UPRu i utopijnych fraz Pana z wąsem, który umiał zrobić partię na 7 atutach i 15 punktach.
Następnym etapem, jaki przypadł mi w udziale było dojście do poglądu, iż feministki, czy też liderki tego ruchu są zwyczajnie kiepskie intelektualnie. Wynikało mi to wówczas z faktu istnienia samego ruchu. Sądziłem, że jeśli powołały ruch wyrażający pogląd, iż kobiety powinny wykonywać te same prace, co mężczyźni, nosić spodnie i krawaty etc. to jednak uznają mężczyzn za twór doskonalszy, skoro dążą do bycia takimi jak oni.  Propagowały jednak równość. Uznałem to wówczas za przykład wyjątkowej niekonsekwencji.
Wszystkie te moje przemyślenia na powyższy temat, jakie były moim udziałem przez ostatnie miesiące i lata wraz z obserwacjami, z których wynikało, że stopień feministycznej ortodoksji jest na ogół wprost proporcjonalny do brzydoty osoby ową ortodoksję pokazującej, kazały przypuszczać, iż feminizm nie jest żadnym poważnym ruchem światopoglądowym, filozoficznym, ani jakimkolwiek innym, a prostą metodą na leczenie przyziemnych kompleksów, bądź też prostą konsekwencją dążenia kobiet do doskonałości. Poskąpiła mi bozia urody, to będę feministką, gdzie w dobrym tonie jest być brzydką, a wszyscy będą myśleli, że jestem inteligentna.
Będąc człowiekiem o raczej szerokich horyzontach, który w tolerancji dla innych widzi esencję ludzkiej uczciwości było mi szalenie źle z tym poglądem.  Jakże się cieszę, że wyrosłem i z tego.
Wspomniana wyżej żona moja, z którą łączy mnie wszystko – i przeszłość naznaczona tragediami i późniejsze radzenie sobie z nimi razem, żona, której – mimo wielu zapewne niedoskonałości – staram się stworzyć bezpieczną rodzinę, której gotuję, robię herbatę, myję gary, kąpię dzieci itd. Robię wszystko co potrafię, żeby nie musiała być feministką. W zasadzie to robimy wszystkie te rzeczy razem. Razem sprzątamy, razem gotujemy, razem myjemy dzieci, razem myjemy gary, ale też razem idziemy naprawiać świece żarowe w samochodzie,  razem myjemy i czyścimy samochód, razem zastanawiamy się, czy świst, dochodzący z komory silnika, to pasek klinowy, czy kółko na napinaczu tego paska. Żona moja wpada wówczas na wniosek zdecydowanie logiczny, iż jeśli są to krótkie urywane piski, zamiast długiego, to musi piszczeć kółko na napinaczu, a nie ślizgać się sam pasek. Tak więc nie tylko nam mężczyznom dane jest potrafić diagnozować usterki w samochodzie „na słuch”, podobnie jak nie tyko im kobietom dane jest zachwycać nas wymyślnymi smakołykami, kreowanymi poprzez improwizację mieszania różnorakich składników w sekretnych proporcjach. Dowodzi temu moja tarta, albo rozedrgana, waniliowa panacotta, którą wykonuję ponoć niepowtarzalną.
Tydzień miniony obfitował w wydarzenia, które utwierdziły mnie w przekonaniu, iż kobiety rzeczywiście mają trudniej. Możemy stworzyć sobie rodzinę na wskroś partnerską, możemy dbać o poszanowanie naszych wzajemnych praw, szanować nasze osobiste pasje i  znosić nasze ułomności.  Możemy też codzienną postawą zaprzeczać, iż kobieta powinna być w pończochach, w fartuchu, w kuchni i w ciąży – szanując ją nawet jak jest w spodniach, w pokoju, z gazetą w ręku.  Jednak atmosfera tejże sielanki zamknięta jest w czterech ścianach naszego rodzinnego bastionu.  Wychodząc poza, zderzamy się jednak z patriarchalnym społeczeństwem, gdzie kobieta musi znosić upokorzenia implikowane jej biologiczną funkcją w utrzymaniu gatunku. Biologia kobietom nakazała dzieci rodzić, społeczeństwo kobietom dało prawo do pobierania pensji w czasie opieki nad nowonarodzonym, dając prawo do urlopów macierzyńskich.  Jednak firma, w której ambitna młoda kobieta była szanowana, dostawała nagrody i była doskonale doceniana, postanowiła pozbyć się tej młodej matki, tylko dlatego, iż wg pojęcia decydenta młoda matka na stanowisku jest sprawą ryzykowną. 
Decydent ryzyka nie określił, a zapomniał idiota również o tym, że też go ktoś kiedyś urodził!!!
wtorek, 20 stycznia 2009

Ostatnio przypomniała mi się sytuacja, która zdarzyła się w pracy, a która dała mi dużo do myślenia.

Pracuję w hotelu. Do umiarkowanie częstych, lecz jednak występujących sytuacji z gośćmi należą tzw.  
"lewe rezerwacje".
Są to rezerwacje robione najczęściej przez bookings.com.
Żeby zrobić tam rezerwację, wystarczy podać numer karty kredytowej, która przez bookings nie jest  
sprawdzana. Nie jest robiona na niej żadna preautoryzacja, tak więc można wykonać gwarantowaną  
rezerwację, nawet, jeśli klienta nie stać jest na nią. Karta kredytowa sprawdzana jest tylko, jeśli  
chodzi o prawidłowość numeru tejże (liczona jest suma kontrolna). I tak raz na jakiś czas przychodzą  
rezerwację, gwarantowane kartą, która nie ma już żadnego limitu. Rezerwacje te, często obejmują dość  
długi okres czasu (miesiąc i więcej). Na ogół robione są przez ludzi z ubogich rejonów świata - Libia,  
Jemen, Kamerun itd.
Raz na kilka razy zdarza się, że dzwoni do nas funkcjonariusz ze straży granicznej z pytaniem, czy mamy 
taką rezerwację itd. Opowiadamy mu wtedy całą tą historię, że rezerwacja jest, niby gwarantowana, ale  
kartą, na której nie ma ani grosza itd. Ci klienci nigdy nie przyjeżdżają, tak więc sądzę, że SG chroni  Ojczyznę jak trzeba. Za każdym razem, kiedy tak się dzieje, myślę sobie, że naprawdę coś się zmieniło w kwestii szczelności  
granic Unii. Rezerwacje te wykonywane są, przez ludzi, na pewno tylko po to, żeby pokazać je w polskich placówkach dyplomatycznych, co zapewne ułatwie uzyskanie wizy.


Zaskoczyła mnie i zbulwersowała dość bardzo natomiast jedna sytuacja.

Któregoś dnia jedna z moich recepcjonistek przyszła z pytaniem, jakich ma udzielić informacji konsulatowi z Moskwy o jednym z naszych  gości. Po moim pytaniu, o co chodzi, powiedziała, że dzwoni do niej Pan konsul i prosi o informacje na  temat gości. Oczywiście zabroniłem jej mówić czegokolwiek. Zdarzają się telefony, w których ludzie  
twierdzą, iż są z policji, bądź z Urzędu Skarbowego i pytają o pewne osoby. Są to na ogół żony, które  
myślą, że w ten sposób sprawdzą, co w hotelu robi mąż. Na moje sugestie, że chętnie udzielę informacji  
w cztery oczy po okazaniu legitymacji, kontakt się urywa.
Tak więc poprosiłem recepcjonistkę o wzięcie nazwiska i imienia tego konsula, oraz o jego numer  telefonu z informacją, że oddzwonię. Po sprawdzeniu w internecie, że rzeczywiście jest to numer  telefonu konsulatu RP w Moskwie, postanowiłem zadzwonić i pomóc człowiekowi.

Pan Konsul poinformował mnie, że ma w ręku podanie o polską wizę od dwójki ludzi, którzy jako zabezpieczenie pobytu pokazują mu rezerwację zrobioną właśnie przez bookings.com oraz potwierdzenie  przelewu za pobyt wydane i ostemplowane przez jakiś rosyjski bank. Poprosiłem go o podanie mi 8  ostatnich cyfr numeru konta, na jakie zostały przelane pieniądze. Chciałem sprawdzić czy przelew dotarł, a że w naszej spółce jest kilka kont i jeszcze różne pomocnicze subkonta, chciałem ułatwić sobie w ten  sposób zadanie.
Pan Konsul odparł, że cały numer konta ma tylko 7 cyfr, więc on mi nie może podać ośmiu. Tak więc w tym  momencie zapaliło mi się czerwone światełko. Powiedział mi też, że jest tam nazwa banku - była to inna nazwa niż nasz bank.
Poprosiłem go o przesłanie mi faksem tego dowodu wpłaty - wyglądało jak prawdziwe, poza tym, że był tam  wpisany inny bank i numer konta nie spełniał polskich standardów. (inna kwestia to fakt, że numer miał 12 cyfr) Tak czy inaczej sprawdziłem wszystkie firmowe konta, na żadnym nie było takiego wpływu, karta  
kredytowa, jaką gwarantowana była ta rezerwacja oczywiście nie miała jakiegokolwiek limitu.
Zadzwoniłem, więc znów do Pana S. z Moskwy z informacją na temat tego, co ustaliłem.
Ów Pan powiedział mi, że rzeczywiście wygląda to podejrzanie, ale on ufa tym ludziom, bo on ma dobre  serce, a wierzy, że te pieniądze do nas dotrą. Zrobiło mi się w tym momencie słabo.
Konsul którejś z kolei Rzeczypospolitej, człowiek pracujący w służbach dyplomatycznych, zapewne nieźle  
wykształcony, wszechstronnie przeszkolony (również wywiadowczo), który decyduje o tym, kto wjeżdża na  
teren całej Europy, ma takie kryteria przyznawania wiz?????
Powiedziałem mu, że jeśli chce mieć kompletne papiery to chętnie wyślę mu faksem to, co ustaliłem.
Zgodził się na to. Napisałem wszystko zgodnie z prawdą, dołączyłem do faksu to, co mi przesłał oraz kopię rezerwacji z
bookings wysłałem to na numer, który mi podał, ale też na numer konsulatu, który znalazłem w  
internecie. Bałem się, że jeśli wyślę to tylko do niego, to ten skorumpowany (zapewne) idiota jednak da  wizę ludziom, którzy fałszują dokumenty bankowe. Wydaje mi się, ze poskutkowało, następnego dnia dostaliśmy anulację tej rezerwacji z bookings.

Tak to pracują nasi urzędnicy.

 Poniżej list, który mu wysłałem i sfałszowane potwierdzenie z banku w Rosji, które on uznał za prawdziwe. 

 

Pismo wysłane do owego Pana

 

 

 

środa, 14 stycznia 2009

Ostatnio myjąc gary nad zlewem, kiedy czekałem, aż moja rodzina wróci z gór myślałem o tym, co nauką jest, a co nie jest. Zastanawiałem się nad różnymi paranaukami, życiem po śmierci, duchami, Bogiem itd. Zastanawiałem się czy trzeba przeprowadzać dowód dla każdej hipotezy. Czy np. koniecznie trzeba udowodnić, że Bóg istnieje. I jak taki dowód miałby wyglądać. 

Myśli te przeplatały mi się z myślami o eseju, który musiałem przygotować na dowolny temat na zajęcia z psychologii, której nie lubię i nie rozumiem. 

Przyszło mi do głowy, że ludzie nauki wątpią w sprawy "nieudowadnialne", ponieważ są nieudowadnialne. Ale, czy ktoś widział kiedyś ID, EGO, SUPEREGO? Czy Freud to udowodnił? A Jung, jego uczeń, czy nieświadomość zbiorowa, której istnienie postulował, to coś co ma prawo być uznane za naukowo - udowodnione? Wydawało mi się, że nie bardzo, dlatego napisałem w skrócie coś takiego:

 

***

 

 

Nauka to część kultury służąca wyjaśnianiu i poznawaniu otaczającego nas świata oraz wszystkiego, co z nim związane. Nauka może być uprawiana i rozwijana tylko i wyłącznie na podstawie metody naukowej. Zbiór teorii i pojęć, leżących u podstaw każdej nauki, zwany dalej paradygmatem musi spełniać kryterium falsyfikowalności, aby zgodnie z metodą naukową uznany mógł być za naukę sensu stricte.

Kryterium falsyfikowalności wprowadzone przez Karla Poppera w sposób genialny w swojej prostocie pokazuje prawdę bądź fałsz teorii.

Jeżeli teoria zakłada wystąpienie pewnego zjawiska, a zjawisko to nie zachodzi – to teorię taką należy uznać za fałszywą. Trudno zbiór fałszywych teorii uznać w takim razie za naukę.

Stąd nauką nie jest np. alchemia, jako, że żadne z jej założeń nie zostało nigdy eksperymentalnie potwierdzone w sposób jednoznaczny. Eksperyment ponadto musi być powtarzalny.

Wspomniany przez mnie Karl Popper nazwał psychoanalizę wprost paranauką.

Wskazywał na mnogość sprzeczności tej teorii.

Warto tutaj posłużyć się przykładem osoby, która pali papierosa. W zgodzie z teorią Freuda osoba taka zaspokaja swoje potrzeby oralne. Jeśli ta osoba potwierdzi to, będzie to dowodem na prawdziwość psychoanalizy, jeśli natomiast zaprzeczy, to psychoanalityk doszuka się przyczyn tego zaprzeczenia w nieświadomości i wyparciu. To również będzie dowodem na prawdziwość psychoanalizy, jako nauki.

Psychoanaliza Freuda – dzieło jego życia – jest tylko i wyłącznie zbiorem pojęć, teorii i hipotez, które nie zostały w żaden sposób potwierdzone eksperymentalnie. Id, Ego i Superego zgodnie z metodą naukową, są równie mglistymi pojęciami jak Czyściec, Niebo, albo Piekło.

Istnieje teoria zakładająca istnienie tych trzech przestrzeni, powstało wiele opracowań traktujących w tym temacie, jest wiele innych teorii opisujących te przestrzenie, jak choćby teoria siedmiu nieb w świecie islamskim.

 Podobnie wygląda kwestia psychoanalizy – po Freudzie, jego uczeń Jung stworzył teorię mówiącą o tym samym, ale zakładającą istnienie nieświadomości zbiorowej przekazywanej z pokolenia na pokolenie.

W psychologii obie wersje są uznawane za prawdziwe, a na uniwersytetach naucza się ich obu, często w ciągu jednego wykładu, chociaż są zupełnie inne. W inny sposób opisują ludzką psychikę, a co za tym idzie wzajemnie się wykluczają.

Koncepcja falsyfikowalności, jako kryterium nazwania pewnego obszaru badań nauką, ma oczywiście swoje słabe punkty, chociażby w przypadku nauk humanistycznych.

Ze swojej natury nauki humanistyczne takie jak filozofia, czy teoria literatury nie podlegają falsyfikalizacji, dlatego w Popperowskim rozumieniu nauki, nauką nazwane być nie powinny. Są one  raczej próbą opisania pewnych zjawisk. Analiza wiersza nigdy nie będzie mogła polegać falsyfikalizacji, nie sposób też jakkolwiek merytorycznie zweryfikować jej prawidłowość.

 

W tym miejscu należy zadać sobie pytanie, czy aby psychologia, a ściślej psychoanaliza nie jest nauką humanistyczną?

Rozważając psychologię, jako całość, należałoby przyjąć, iż bywa ona nauką w rozumieniu popperowskim, bądź nią nie bywa, a bywa dyscypliną humanistyczną.

Eksperymenty behawiorystów – oda Iwana Pawłowa począwszy i jego słynnego psa, po Skinnera i Watsona w sposób niebywale wyczerpujący wpisują się w zasady metody naukowej. Są to teorie, w sposób eksperymentalny udowodnione, eksperymenty są powtarzalne, podlegają falsyfikalizacji.

Behawioryzm z całą pewnością nauką jest i to nauką ścisłą.

Zarówno behawioryzm, jak  i psychoanaliza to  dyscypliny będące  składowymi psychologii.

Trudno również nazwać psychologię nauką humanistyczną, skoro jest ona nauką przyrodniczą – opisuje działanie jednego elementu życia u jednego ze zwierząt.

Rozumując w sposób powyższy chciałbym postawić wniosek dość przewrotny, acz prawdziwy. Psychologia nie jest nauką. Jest natomiast zbiorem dyscyplin, teorii i metod badawczych, z których niektóre są z całą pewnością naukami, a inne są teoriami, które nigdy nauką się nie staną. Psychologia to szereg dyscyplin, które łączy tylko jedno, a mianowicie pragnienie poznania ludzkiego umysłu. Chociaż będąc jeszcze bardziej przewrotnym, a nawet cynicznym, mógłbym stwierdzić, że psychologia to szereg dążeń do odpowiedzi na pytanie, czym jest dusza, czyli dyscypliną ocierającą się trochę o mistykę, żeby nie powiedzieć o szarlatanerstwo. 


Autor zrelaksowany